| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
Spis moli
ADRES szamanka30@gazeta.pl
Książki 2013
Lektury 2010
Lektury 2011
Przeczytałam 2009
Przeczytałam (od 29.04.2008)
Przeczytane 2012
Przeglądam
Sieć
Wyzwanie czytelnicze
niedziela, 01 września 2013
1 września 1939

       Był piątek 1939 r. 
Dzieci szykowały się do powrotu do szkoły , dorośli mieli swoje plany. A wszystko to w cieniu hitlerowskiego zagrożenia agresją na nasz kraj. Nie każdy wierzył w wybuch wojny , inni pokładali nadzieje w pomocy Anglii i Francji i wspólnym pokonaniu wroga. Jak było, wiemy. Nad ranem o 4:45 zostało ostrzelane Westerplatte i zaczęła się jego 7-dniowa obrona, nad polskim niebem pojawiły się samoloty ze swastyką siejące przerażenie i śmierć , granica została przekroczona przez piechotę , która wlała się strumieniem w nasz kraj.  Zaczęła się WOJNA.

Chciałam dziś Wam pokazać , co pisała polska gazeta z 1.09.1939r. Tytuły mówią za siebie.

 



 

 







środa, 14 sierpnia 2013
Muchy w zupie i inne dramaty

Wyd. Grass Hopper, str.350, Lublin 2009

 

"Dużo się  teraz mówi o tym, że każdy powinien mieć bogate życie wewnętrzne . Jestem pewna, że życie większości kobiet umiejscawia się w torebkach.

23:55

Nareszcie cisza. Dzieci spacyfikowane ,mąż chrapie , w TV nie ma co oglądać. Jedyna okazja , żeby sprzątać w torebce . Kiedy dziś w pracy szukałam długopisu, bałam się do niej włożyć rękę ,żeby mnie coś nie ugryzło. Ciągle dorzucam do niej coś nowego, ale żeby robić porządki, to nie... OK. Do roboty!"(...)No proszę , jak pięknie  się przejaśniło. Teraz tylko wytrzepać paprochy, śmieci do wiadra a jutro od nowa wrzucę do torebki dwie lekko używane gumy do żucia , wizytówkę, cukierka, kolejny pęk kluczy i tak dalej...  A może powalczyć o większą ascezę mojej torby? Eee...przecież trzeba mieć jakieś życie wewnętrzne. " 

Tym nocnym wpisem w pewną wiosenną  niedzielę autorka zaprasza do swego świata. Książka Żurakowskiej nie jest typową powieścią. To ciąg zapisków podzielonych na pory roku, dni , z zaznaczoną  godziną. Swoisty dziennik pani domu, która dzieli się swymi troskami , kłopotami , radościami z czytelnikiem. Narratorka jest żoną i matką, zajmuje się domem , ale pracuje również  zawodowo czyli kobieta zabiegana , na dwu  etatach. W rodzinie jest troje dzieci. Syn , nastolatek , chyba w wieku gimnazjalnym ( w szkole omawiają "Lalkę", której dziecię oczywiście nie przeczytało, licząc w tej kwestii na mamusię) oraz dwie córki w wieku przedszkolno- wczesnoszkolnym. Książę małżonek z pracy wraca nieodmiennie bardzo zmęczony i od progu już pyta, co jest do jedzenia. W domu jakoś się nie udziela. Syty , chowa się za gazetą. Uważa ,że tylko on ciężko pracuje , a żona idąc z 5 dzieci do kina lub przygotowując coś w sobotę w domu po prostu wypoczywa. Małżonek ma takie wyczucie , iż wraca , gdy po ciężkiej  walce z oporną materią, żona akurat siada z kubkiem herbaty, by po wielu godzinach wreszcie odsapnąć. Nie jest jej to zazwyczaj dane. Mąż ma swoje upodobania , jak też antypatie. Nie przepada za grillowaniem. Tak, ciekawy był efekt , gdy został do tego namówiony. Ja bym chyba tak cierpliwa nie była. Nowy domownik , suczka, którą ,po lamentach dzieci ,przywiózł , musi znaleźć swoje miejsce w rodzinie. Wzięto ją ze schroniska, nie wiadomo co wczesnej ją spotkało , więc trzeba  powoli przyzwyczajać do zmian. Nazwano  ją Minni, co w stosunku do ponad 40 kg stworzenia wydaje się niemal żartem. Jednak lepsze już takie miano niż proponowana przez dzieci Pipi. I tu plus dla męża , który na spacery z psem chodził nawet bez ponaglania. Raz nawet wybrał się do szkoły na wywiadówkę , a rezultat był całkiem interesujący. Wracając do Mini , bo ją polubiłam i mam do niej po prostu słabość, już od pierwszego dnia było wiadomo ,że w kwestiach żywieniowych na pewno sobie poradzi. Upieczona szarlotka przezornie została postawiona na parapecie, by nie kusiła. Po kąpieli , wybraniu imienia , stwierdzono ,iż psinę należy odkarmiać  "A propos odkarmić !Szarlotka! Biegnę do pokoju- na oko wszystko w porządku, firanka na miejscu, ale z ciasta zostały okruszki! jak ona to zrobiła?"

Mini to pies pasterski, toteż niezmiernie ciekawą , śmieszną z perspektywy czasu, ale nieco irytującą przygodę rodzina przeżyła, gdy wybrała się do znajomych na działkę. Dla Mini dorośli i dzieci to stado , które ma być razem, a  nie biegać po całym ogrodzie. Ofiarnie więc zaganiała swoje "owieczki" do wspólnego stołu i tak z miłego wypadu, zrobiło się przymusowe  przy nim siedzenie. Jak długo jednak dzieci to wytrwają, a i dorośli też? po buncie , pies zniknął. Przeszukano wszystko, wszyscy posmutnieli , obwiniali się , aż w końcu Mini znaleziono. Gdzie? dowiecie się z książki. I jak już polubiliście Mini?

Zapiski są krótkie , czasem obejmują 2-3 linijki, czasem pól strony, są wpisy co kilka godzin lub tylko jeden. Autorka relacjonuje swoje życie. No bo trzeba pomóc dziewczynkom w lekcjach , wysłuchać co działo się w szkole , czemu na obiad była zupa z dodatkiem much, poszukać niedźwiadkowej kredki. Zrywać się w nocy , by przygotować strój do szkoły , bo zaspana córeczka przypomniała sobie o tym, gdy już była w łóżeczku. To też niby zwyczajna dbałość o dom, ale tak ważna. To wieczne sprzątanie zabałaganionych pokoi dzieci, sterty prania, szukanie skarpetek do pary, rozwiązanie tajemnicy siniaków syna. Cierpliwe wysłuchiwanie męża, pocieszanie , doradzanie , dogadzanie , gdy temperatura przy przeziębieniu sięga niebotycznej  granicy 37,2 i mąż ogłasza stan niemal agonalny. To radość z przyrządzania ulubionych dań, spoglądania , z jaką przyjemnością  pochłaniają kanapki , zupy, drugie dania, desery. To bigos z 5kg kapusty, który miał być na kilka dni. Niestety. To nic ,że nie ma chwili odpoczynku, bo nie można nadążyć za głodomorami. To też troska , jak sobie poradzą , gdy wyjedzie na kilkudniowe szkolenie. Czasem ta czułość i zadowolenie zabarwione są irytacją, gdy dzieci dorwą się do zapasów, gdy wiecznie dzwoni domofon, gdy brak impulsów na karcie , a dziewczynki nie słuchają polecenia mamy. Jak to jest wyrzucić bigos , ugotować kompot z 4 wiśni i 2 truskawek w 6 litrach wody? A przecież nasza bohaterka ma też przyjaciół, z których  najlepszą , taką od serca jest Ela, właścicielka psa o wdzięcznym imieniu Palma. Kilka razy miał z nim styczność książę małżonek i uznał, nie bez przyczyny , iż powinno się przechrzcić psa na Demolkę ,co już wiele o niej mów. Elunia nie jeden raz przybiega wyżalić się przyjaciółce na szefa, na pracę , a nawet na męża , choć ten  jest wyjątkowo spokojny i spolegliwy. A najlepszym miejscem na pocieszanki, zwierzenia jest oczywiście kuchnia. Tam popija się kawę lub herbatę z ulubionego kubka, podjada ciasto lub konkret. To serce domu.

Jednak nasza bohaterka prócz mieszkania  w mieście , ma dom na działce . I gdy lato zaczyna się zbliżać , trzeba ów dom przygotować na cotygodniowe wypady lub dłuższy pobyt. Tak, wyjeżdżają wszyscy , dom pucuje jedna osoba. Wiadomo kto. I znów nie zdąży wypić nawet kubka herbaty, co jest synonimem odpoczynku, bo trzeba wracać. Te letnie wyjazdy przynoszą jednak wiele radości. To odskocznia od miasta, pracy, ale nie od rodziny. I chociaż tu też godzi skłócone dziewczynki, mediuje w sprawach siostrzano-braterskich , przygotowuje tony jedzenia,  jest zadowolona.

Autorka z dużą dawką humoru opisuje to zwyczajne życie , co dodaje wiele uroku, przyciąga do lektury. Wyczuwa się też dystans  do niektórych sytuacji lub postepowania bliskich. Wydaje mi się ,że bez tego żyłoby się o wiele trudniej, z kłótniami i napiętą atmosferą. Pisze o perypetiach rodzinnych lekko,  ale z zacięciem , z potrzebą przekazu , jak istotna jest ta rodzina , wzajemna miłość i  opieka. Gdy skończyłam lekturę, pomyślałam jednak, że te dzieci nie mają żadnych obowiązków. No dziewczynki 7-8 -letnie powinny chyba sprzątać swoje zabawki. Niby maja to nakazane , ale nie można niczego wyegzekwować , a nastoletni syn też jakoś niespecjalnie przeciążony. Mąż ma gazetę, telewizor i jedzenie. No, psa wyprowadza, ale poza tym nic. Wszystko jest na głowie , jakżeby inaczej , kobiety. Ta kobieta jednak nie narzeka. Kocha swoją rodzinę, pisząc o nich z czułością. A co mogą wymyślić dzieci , przekracza wyobraźnię dorosłych , więc tym większe uznanie dla mamy.

Książka świetna na jakieś leniwe popołudnie , czy weekendowy wolny czas. Czyta się doskonale, często z uśmiechem lub wręcz głośnym śmiechem nad różnymi przypadłościami członków rodziny.  Poza tym można ja odłożyć w każdej chwili i w wolnym czasie wrócić, można wracać do niektórych zapisków lub czytać wyrywkowo. Zapewni jednak przyjemne chwile z rodzinką bohaterki. I pewnie niejednokrotnie w czasie lektury poczujemy się , jakbyśmy o sobie czytały.

 

 19:48

Druga pociecha w drzwiach.

- Co jecie? Ja też chcę!

-A pokój sprzątnięty?

-Sama nie będę sprzątać ...Tam już zaczął tatuś i tak zrobi to najlepiej..."

"22:40

Jeszcze 4 łubianki. Pracuję jak półprofesjonalna taśma przetwórstwa owocowo-warzywnego, ziewam potwornie, ale za to w lodówce już 3 pełne szuflady ślicznych woreczków z truskawkami"

"Uwielbiam te wieczory, kiedy szykuję dzieciakom coś smacznego na kolację, na przykład sałatkę z tuńczyka...

19:00

-Mamo- odzywa się starsza córka w czasie kolacji.- Czy my jesteśmy przyjazne delfinom ?

-Nie mam pojęcia, skąd ci to przyszło do głowy? Ja lubię delfiny.

-No, ale czy jesteś im przyjazna?

-Proszę?

-Bo na przykład te kawałki tuńczyka są przyjazne delfinom.

-Proszę?!-Kawałek sałaty utknął mi w gardle.

-Przeczytaj na puszce !

Biorę puszkę do ręki i czytam etykietkę :" Kawałki tuńczyka w oleju, przyjazne delfinom!", czego ci ludzie nie wymyślą !, "Specjalna konstrukcja sieci uniemożliwia zaplatanie się w nie delfina!"

-Mamo , to jesteśmy przyjazne delfinom czy nie?

-Jesteśmy , bo nie robimy im krzywdy!

-A kto jest przyjazny tuńczykom? - drąży temat moje dziecię."

 Co z tuńczykami i wieloma innymi problemami , dowiecie z lektury książki M.Żurakowskiej

18:00, szamanka30
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 lipca 2013
Ważny przyczynek do zwycięstwa pod Grunwaldem czyli unikatowy most łyżwowy

Na grunwaldzkie zwycięstwo złożyło się kilka elementów. Niezaprzeczalny  wielki wysiłek rycerzy polskich, litewskich, ruskich ( nieco Czechów, no i Tatarów, a i  nie zapominajmy o piechocie)walczących przeciw Krzyżakom i wspierającym ich oddziałom rycerstwa zachodniego. Ów trud , poświecenie był jednak wspierany mądrą , bardzo przemyślaną polityką   króla Władysława Jagiełły, którego plan militarnej rozprawy z Zakonem zasługuje na wielkie uznane. Ba, podziw!

Jednym z jego elementów stała się unikatowa jak na tamte czasy budowa pływającego mostu przez Wisłę, a przygotowanego w lasach Puszczy Kozienickiej.

Kozienice mają za sobą bogatą historię , ale dziś tylko krótko o rzeźbach w parku miejskim. Tam usytuowano kompozycję pomnikową , przedstawiającą króla Władysława Jagiełłę na koniu w otoczeniu rycerzy witanego przez wojewodę radomskiego Dobrogosta Czarnego. 

   

Przed nimi znajdują się dwie postaci- cieśli i kowala przygotowujących elementy mostu łyżwowego.

 

 



 

Natomiast na stawie przed nimi stoi na wodzie fragment zrekonstruowanego mostu , przed którym przezroczysta tablica przedstawia historię jego budowy.

A oto opis znajdujący się na tablicy:

Replika mostu łyżwowego wykonana w celu upamiętnienia 600-lecia bitwy pod Grunwaldem. Kozienice oraz lasy puszczy kozienickiej wpisały swój udział w grunwaldzkiej wiktorii, stając się miejscem budowanych w największej tajemnicy łodzi i pomostów stanowiących elementy składowe mostu łyżwowego. Pomysł budowy takiego mostu ustalono na naradzie w Brześciu nad Bugiem - 30 listopada 1409r., a pomysłodawcą miał być ponoć sam król Jagiełło. Przygotowanie mostu polecono staroście radomskiemu Dobrogostowi Czarnemu z rodu Nałęczów z Odrzywołu. Pieczę nad robotami sprawował mistrz Jarosław. Most łyżwowy zadziwiającej  na owe czasy konstrukcji   był cudem średniowiecznej techniki. Miał być wedle Długosza : "most nigdy przeze mnie nie widziany, na podporach z łodzi". Zbudowano go z powtarzalnych elementów umożliwiających szybki montaż konstrukcji. Według ustaleń naukowców miał około 500 m długości i był oparty na 150 łodziach. Można przypuszczać ,że organizacja była znakomita, a ilość pracy przy łączeniu - niewielka. Przygotowane pod Kozienicami elementy mostu zostały zwodowane i spławione 150 km w dół rzeki Wisły do Czerwińska.

Pod Czerwińskiem( dnia 30 czerwca 1410 r.) posłużył on do przeprawy wojsk polskich i w ten sposób wojska Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa  Litewskiego połączyły siły, co przyczyniło się walnie do zwycięstwa grunwaldzkiego.

Jagiełło mógł teraz spokojnie na czele połączonych wojsk przekroczyć granicę państwa krzyżackiego , czym zaskoczył Ulryka von Jungingena, podejść pod pola Grunwaldu i Stębarka , by stoczyć śmiertelny bój .



Widok ogólny

sobota, 13 lipca 2013
Tum

 

Zawsze uwielbiałam zabytki. Działały na moją wyobraźnię. Spekulowałam sobie , jak żyli ówcześni ludzie , w jaki sposób wznosili swoje budowle, o czym myśleli, marzyli , co ich cieszyło ,a co kładło się troską na obliczu. Ludzie sprzed wielu wieków mieli inny ogląd świata , więcej rzeczy było dla nich niezrozumiałych , przerażało ich , budziło lęk. Musieli mieć w czymś ostoję, swego rodzaju kotwicę życiową .Czuli  podziw dla osiągnieć  człowieka. Tego , co potrafi wyczarować swymi rękami realizując czyjąś myśl.   Lubiłam wyobrażać sobie takich przeciętnych ludzi i ich oczami spojrzeć na młody wówczas kraj. No bo tak się składa, że najbardziej do mnie przemawiają czasy odległe. Jak to było , gdy dopiero od półtora wieku religią państwa było chrześcijaństwo. Wiem ,że nie wszyscy od razu  tak od serca przyjęli "niemieckiego boga", jak często o nim mówiono. I nie ma się czemu dziwić , jeśli to niemieckie najazdy podejmowane były w imię zaprowadzenia nowej wiary. Na pewno też źle się kojarzyły. Nową religię na  rozkaz księcia  wprowadzano pod przymusem, obalano i niszczono posagi znanych bogów. Tych , którym ufali , do których się modlili. Nie mam wątpliwości ,że potajemnie , nocą ludzie przemykali do lasu, na święte polany , by tam oddawać cześć dawnym , swojskim bogom. Przekonanie do nowej religii, przyjęcie jej tak naprawdę sercem i umysłem to proces powolny , wymagający też obopólnego zaufania i odpowiedniego traktowania.

A jednak chrześcijaństwo zakorzeniało się . Duchowni byli wykształceni , dzięki czemu mamy dokumenty, roczniki  czy , nieco później, kroniki. Z nową religią kojarzą się  przede wszystkim budowle. Ogarnia mnie podziw dla trwałości i wielkości osiągnięć tamtych ludzi, szczególnie biorąc pod uwagę techniczne możliwości. Budowane dla boga , w imię miłości do niego i na jego chwałę.

Przydługi to nieco wstęp , by napisać nieco o Tumie. Nie byle jakie to miejsce , a zacne bardzo, które sam św. Wojciech zaszczycił. W  starszych badaniach wskazuje się  rok 997 , gdy  przy współudziale późniejszego świętego powstało w Tumie pierwsze opactwo benedyktynów. Prace nowsze wskazują raczej czas panowania Kazimierza Odnowiciela na  założenie zakonu i prace budowlane związane z kolegiatą.  Budynek , który wówczas postawiono , nie przetrwał do dziś . Został po prostu rozebrany ok. 1140 r. , gdy opactwo przeniesiono do Mogilna.

Dla Łęczycy miano inne plany. To Janowi ze Żnina  lub arcybiskupowi Janikowi(różnie się spotyka, choć ten ostatni  nie mieści się w ramach czasowych) przypisuje się projekt nowej świątyni, której prace miały się rozpocząć w 1141. Inni upatrują Salomeę , wdowę po Bolesławie Krzywoustym , jako inicjatorkę budowy. Wszak ziemia łęczycka była jej oprawą wdowią. Dziś to może mniej istotne. Ważne , co wykonano i co pozostało.

Nie upłynęło zbyt wiele czasu , gdy rozpoczęto budowę kolejnej świątyni. Wyświęcenia kościoła dokonano w 1161 r. w Zielone Świątki. I to zrobił arcybiskup Janik. Na uroczystości przybyli książęta dzielnicowi i księżna -wdowa Salomea. Był to swego rodzaju pierwszy zjazd ówczesnych władców Polski, już niestety dzielnicowej .

Kościół w Tumie to jeden z najstarszych w Polsce. Kolegiata budziła ogromny podziw. Była duża, na dodatek górowała nad otoczeniem ,że przyjęło ono jej nazwę. Wioska stała się Tumem (z niemieckiego , tum- kolegiata, katedra).



Wówczas kościół pełnił wśród wiernych nie tylko rolę przewodnika duchowego, miejsca szczególnego dla chrześcijanina , ale odgrywał niebagatelną rolę również w świeckim żywocie . Owe budowle wznoszone były w stylu romańskim , a wiec charakteryzowały się niezwykle solidną konstrukcją , miały grube mury i niewielkie okna.  Budulcem  był granit, piaskowiec i kamień. Niezmiernie trudne do oblegania i zdobywania.  Były idealne , by stać się schronieniem okolicznej ludności w czasie najazdów , których wtedy nie brakowało. Owo sacrum było też budowlą na wskroś obronną. Mogło  w kolegiacie znaleźć schronienie wielu ludzi.

Baszta z otworami strzelniczymi

 

Jak pisałam , trudno było zdobyć Tum , ale nie było to niemożliwe. Co prawda  wiele razy oparła się wrogom, podobnie  jak też w pamiętnym roku 1241  Tatarom , ale kilkakrotnie nie miała tego szczęścia. W 1293 Litwini pod wodzą Witenesa spalili kościół wraz ze znajdującą się wewnątrz ludnością. W roku 1306 i 1331 podobnie postąpili Krzyżacy ( prawda , jak pięknie ze strony rycerzy zakonnych? powód do dumy i nagrody w niebiesiech zapewne ) . Niecałe 400 lat później raz jeszcze postąpili w tak barbarzyński sposób Szwedzi w czasie wojny północnej.



Portal wejściowy

 

W wyniku takich najazdów i zniszczeń  kościół był wielokrotnie  odbudowywany i  przebudowywany. Co zasługuje na uwagę? dwa romańskie ołtarze i resztki polichromii, rzeźbiona Pasja, a także kozły, orzeł( co prawda bez głowy) i gryf.

 Polichromia z XIIw.

Wielkie wrażenie  robi jednak sama romańska  bryła budowli. Następowały kolejne  zmiany. W 1487 r. wnętrze świątyni zmieniono zgodnie ze stylem gotyckim, a w 1569 dobudowano renesansową kruchtę. W latach 1765-85 wieże , nawa główna i okna przyjęły kształt klasycystyczny.

Wnętrze świątyni

Najgorszy czas dla Tumu nadszedł w czasie II wojny światowej. Kolegiata została w wielkim stopniu zniszczona i to przez Polaków, szczególnie podczas bitwy nad Bzurą. Niemcy bowiem w wieży północnej umieścili obserwatora ognia artyleryjskiego . Wroga należało usunąć nawet kosztem dużych  uszkodzeń kościoła. Następnie Luftwaffe zbombardowała świątynię , w wyniku czego nastąpiły kolejne zniszczenia i pożar. Po ponownym wkroczeniu Niemców z kolegiaty zostały już tylko mury bez dachu.

Tum miał to szczęście ,że ruin nie rozebrano ,choć były takie plany, ani przez Niemców , ani po zakończeniu wojny. Już w 1947 odprawiono tam pierwszą od 1939 mszę. W tymże 1947 rozpoczęto odbudowę , która kierował Jan Witkiewicz "Koszyc". Po kilkunastu latach w 800-lecie pierwszej konsekracji czyli w 1961 poświecono częściowo odbudowaną kolegiatę. a potem prac zaprzestano , bo po prostu nie było funduszy. Dopiero po 30 latach podjęto kolejny etap odbudowy, zakończony kilka lat temu.

Prezbiterium , widok z chóru

 

Na pewno dla  fanów dawnych wieków i ciekawych budowli istotny jest też fakt , iż w 1999 do kościoła sprowadzono relikwie św. Wojciecha .

W Tumie prowadzone są prace archeologiczne , które przynoszą niezmiernie ciekawe informacje. Oto podczas prac kilkaset metrów od świątyni łódzcy archeolodzy odkryli przejście bramne wiodące do wczesnośredniowiecznego grodziska. Dębowe bale datuje się na rok 900. Przypuszcza  się , iż gród mógł pełnić funkcję jednej z najstarszych stolic Polski .

Do roku 2014 piastowskie grodzisko w Tumie ma zostać zrekonstruowane   . Powstanie skansen wszesnośredniowiecznego budownictwa wiejskiego. Warto poczekać , pojechać i poczuć się jak w średniowieczu. Oczywiście , można w każdej chwili wyruszyć , by podziwiać dzieło ludzkich rąk , historię zaklętą w kamieniu , poczuć moc i tajemnicę dawnych wieków. A potem powtórzyć wycieczkę poszerzoną o przyrzeczony skansen.

I jeszcze ciekawostka:) Czytaliście serię o Panu Samochodziku Nienackiego? ja tak  i jedną z moich ulubionych powieści było 'Uroczysko" ( inny tytuł- " Pan Samochodzik i Święty Relikwiarz"). Przedstawiona tam Oporna to właśnie Tum i to dokładnie opisany. 

 

Elewacja wschodnia



15:07, szamanka30 , Miejsca
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 lipca 2013
Nie wiem , co się dzieje. Proszę o pomoc ( do usunięcia)

Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu, rzadziej zaglądam na blog. Teraz spokojnie  otwieram i oczom nie wierzę! Lata mi jakaś reklama. Z jakiego powodu? Niczego w ustawieniach nie zmieniałam. Samo się przyplątało. Zajrzałam jeszcze na blogi z bloxa, czy tez nie mają takiej niespodzianki. Ale nie.

Usiłowałam się tego pozbyć. Nie dałam rady.  Nie mam pojęcia , co mam robić. Może wy wiecie?

Denerwuje mnie to okropnie. 

19:54, szamanka30
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 czerwca 2013
Morze Niegościnne

Wyd. Muza SA, str.304, Warszawa 2013

Z zainteresowaniem przeczytałam 2 lata temu pierwszą powieść J. SzamałkaKiedy Atena odwraca wzrok ”. Co prawda miałam niewielkie zastrzeżenia , ale dotyczyły one przede wszystkim sfery  językowej zbyt uwspółcześnionej jak dla mnie, natomiast sama fabuła była bardzo dobrze skonstruowana. Ucieszył mnie fakt ,że autor nie porzucił swego bohatera, ale zaprasza po raz kolejny do jego życia.

Od  wydarzeń w Atenach upłynęło kilka lat.  Jest rok 425 p.n.e. Leochares opuścił  swoje polis , uciekając przed zarazą , ale też zdegustowany , rozczarowany  polityką i politykami. Z ledwością udało mu się uratować swoje małżeństwo. Lamia nie była typową Hellenką ,których życie ograniczało się do domu. Nie wychodziły na agorę , nie wyjeżdżały , nie spacerowały czy podejmowały gości. To domena mężczyzn . Świat  kobiet to pokoje w domu ojca, potem męża. Prowadzenie domu ,rodzenie dzieci i opieka nad nimi w najmłodszych latach ich życia.Mężczyzna nie rozmawiał z żoną , pragnął , by spełniała swe obowiązki. Była posłuszna , uległa, cicha i gospodarna. Lamia chciała współuczestniczyć w życiu męża, wiedzieć ,co robi i gdzie bywa, a że jego zajęcie nie należało do bezpiecznych , nie można się jej dziwić. Chciała  wychodzić, mieć własne sprawy . Pragnęła czuć wartość , barwę  i różnorodność losu. Z wielkim trudem Leochares  przekonał Lamię, by dała im szansę. 

Stworzyli sobie nowy dom daleko , nad brzegami Morza Czarnego zwanego niegdyś Niegościnnym a potem Gościnnym.  No  bo kto  by pływał po takim , które nie sprzyja żeglarzom?  Co  prawda nazwano je Niegościnnym – jak pisze Strabon w swej „Geografii”- z powodu bardzo ostrych zim oraz dzikich plemion ,które zamieszkiwały jego brzegi . Z lękiem mówiono  przede wszystkim o Scytach , składających ofiary z ludzi. 

W ten świat rubieży Hellady posłał swego bohatera Szamałek , chcąc dać czytelnikowi nie tylko dobrą zagadkę kryminalną , ale interesujące miejsce akcji. Zwykle pamięta się o Grecji  -powiedzmy-kontynentalnej/europejskiej , a kolonie w Azji Przedniej gdzieś umykają. A i tam nie braknie przecież ekscytujących zdarzeń. Ponadto taki kocioł kilku narodowości daje duże pole do popisu . Wiadomo o odwiecznej rywalizacji Aten i Sparty , o toczonych wojnach .Były to jednak walki w obrębie samych Helleńczyków ,a tam w Bosporze możliwości są inne. Grekę słychać tak samo często jak scytyjski oraz język innych plemion zamieszkujących te tereny.

Leochares stał się rzemieślnikiem , a konkretnie złotnikiem .Może nie najwspanialszym na świecie , ale na przysłowiowy chleb zarabiał. Prowadzi spokojne życie ,zadowolony z siebie i rodziny, choć momentami z obawą myśli o przyszłości. Wiodą bardzo skromne życie  w Pontikapajon. On często wyrusza ze swym towarem w dalsze podróże , Lamia sama prowadzi ich dom, gotuje , pierze ,naprawia i wychowuje ich synka. Często jest jej trudno. Marzy  czasem o niewolnicy , która by ją odciążyła w licznych obowiązkach.

A tymczasem w pałacu archonta Satyrosa  dochodzi do zbrodni , która z daleka pachnie międzynarodowym skandalem , groźbą  wojny z Teodozją  , którą  jak na razie Grecy chcą mieć po swojej stronie jako  spolegliwego sojusznika. Zamordowano posła z owej Teodozji i to wyjątkowo brutalnie. Odcięto mu głowę, na dodatek nie wiadomo, co się z nią stało. Archont czuje kłopoty, więc chce utrzymać tę śmierć w tajemnicy  do czasu znalezienia sprawcy.  Mieszkańcy sąsiedniej Meocji nie mogą się o niczym dowiedzieć , a i lepiej , by pozostałe polis były nieświadome kłopotów Satyrosa.

I tu pojawia się nasz Leochares . Satyros posyła po niego ,a on ledwo zdołał otrzepać kurz po kolejnej wyprawie. Nie ma na to ochoty , ale też nie ma wyboru. Archonta nie lubi, nie ufa mu , co nie zmienia faktu , iż jest władcą, którego należy posłuchać . Leocheres nieco przeklina swego pecha, bowiem o jego poprzednim życiu i zajęciu  oraz sprawie spartańskiego szpiega , jak też podziwie Peryklesa opowiedział Satyrosowi pewien Platejczyk Skopas i teraz to się mści. Archont  powierza mu śledztwo w sprawie posła , oczekując szybko efektów. A w celu zdopingowania Leocharesa do działania ,powiedzmy ,„zaprasza” do swego pałacu jego rodzinę.  Mężczyzna wie, że musi wykonać zadanie ,ale za ten akt przemocy znienawidził Satyrosa. By mu przypominać o ważności sprawy oraz ku pomocy przydzielono mu dowódcę straży Kalligenesa.  Nie darzą się sympatią , ale jakoś będą musieli dojść do porozumienia , by rozsupłać zagadkę. Czytelnik towarzyszy Leocharesowi w jego wędrówkach po różnych zaułkach miasta , kiedy usiłuje zdobyć choćby strzęp informacji, a także w wyjazdach np. do Nimfajonu, niezależnego polis , jednak, jak mówi nasz bohater, „na pasku Aten” . Toczy wiele różnych rozmów, czasem bezowocnych , rzadziej dających nadzieję lub dalsze wskazówki.
Leochres czuje się  sterany życiem , zmęczony , postarzały  po przejściu ateńskiej zarazy. Nie ma  poczucia  zupełnej swobody w tym polis , nie zna tu wszystkich tak , tak jak  by chciał. Trudniej o informacje. Do pogawędek zostają osiedli tutaj Grecy . Miejscowi nie ufają zbytnio  żadnemu Grekowi .To zamknięta społeczność , a o hermetyzmie okolicznych plemion szczególnie Taurów może tylko posłuchać .Omijają ich nawet inne ludy Bosporu , uważając za niezmiernie okrutnych acz niezorganizowanych , porozumiewających się jakimś szczątkowym językiem.  O dotarciu do plemion znad Bosportu może tylko marzyć. Ani nikt go tam nie zaprowadzi, ani nie wskaże drogi do ludzi , których niezmiernie się lękają. Przecież oni nie tylko zabijają kogo chcą , ale też zjadają mięso ,a  czaszek używają jako kielichów. To nie Scytowie . Dopiero nad Morzem Gościnnym dowiedział się , jak wiele jest tych plemion , których Hellenowie wrzucili do jednego worka i w dziwny sposób odróżniali .

„W Atenach wydawało  mu się wszystko proste. Jak ktoś był z okolic Morza Gościnnego i był rudy – to Trak, miał ciemne włosy –Scyta, czarne , kręcone kłaki – przywieźli go z Kolchidy . A tu się roi od innych jeszcze ludów , w tych zaś , o których słyszał wcześniej , i tak trudno się rozeznać.”

Leo – jak go niektórzy  nazywają – czuje się samotny , opuszczony ,daleko od ojczyzny , którą musiał i chciał opuścić . A  jednak , gdy przygotowywał sobie w opuszczonym domu posiłek, nie pierwszy raz pomyślał

„ Co to będzie , jak już nie będę mógł pracować w warsztacie … W Atenach zawsze można było poprosić krewnych o pomoc , może nawet udałoby się rentę dostać.”

Wiele czytelnik dowie się w trakcie śledztwa przede wszystkim o samym Leocharesie , jego nadziejach, obawach , marzeniach , miłości , ale też stosunku do ludzi , świata.  To realista , czasem cynik, ale ma w sobie jakąś wrażliwość, która rzadko się ujawnia.

Prowadząc swoje śledztwo nie może zlekceważyć żadnego , nawet najmarniejszego tropu. W kręgu jego zainteresowań  są ludzie z dworu archonta jak Charnaks , Krateros  , ale też przedstawiciele różnych plemion , choć na plan pierwszy wysuwa się Szrama i Taurowie. Tylko gdzie jest motyw?  Arystydes , nieszczęsny poseł , był w Pantikapajonie  tylko 4 dni, tocząc delikatne i poufne rozmowy. Komu zawadzał, komu się naraził? Ważnym momentem śledztwa stanie się pewien zamach, zapach uryny  oraz rozmowa.   Powoli dochodzenie posuwa się do przodu , choć pewnie Leo chciałby tempa ekspresowego ze względu na swą uwiezioną rodzinę. Wartkości akcji i ekscytacji nie może nikt odmówić tej powieści , ale punkt kulminacyjny jest ogromnie dramatyczny i przejmujący.

I tutaj Szamałek inaczej skonstruował swą drugą powieść. O ile w pierwszym kryminale cały czas w centrum zdarzeń jest Leochares , a Lamia gdzieś tam w tle , w rozmowach , tutaj staje się równorzędnym partnerem , bohaterką , której pisarz poświecił tyle samo uwagi , co jej mężowi .  Lamia w pałacu archonta staje się więźniem jednego pokoju i to zamordowanego posła. Brr...Tylko tam może przebywać , co nie znaczy ,że niczego nie widzi ani nie słyszy. Początkowo trudno w ogóle zaakceptować jej zaistniałą sytuację i swą wściekłość kieruje  na męża. Uważa ,iż to przez jego aktywność w radzie został zauważony , posądza go też o słabość z powodu braku sprzeciwu wobec rozkazu Satyrosa.

 

"Gdybyś tylko schował na chwilę swoją głupią dumę, tobyś się z tego wykręcił", wypomni mu później Lamia.

"Wystarczyło udać przed Satyrosem, że ateńska zaraza rzuciła ci się na umysł": ot, "trochę się pojąkać, poślinić, zapomnieć o tym czy owym. I siedzielibyśmy teraz w domu!"

 

Pewnie sobie zdaje sprawę , że część zarzutów i złości na męża wynika z poczucia bezsilności i zwykłego strachu. A jednak nie potarfi się opanować.Leo może wieczorem widywać żonę. Czeka na ten moment od rana , ale nie zawsze Lamia widzi go z radością . Obwinia go, ale też pogania ,by szybko wykrył sprawcę, bo chce wrócić do siebie. Bardzo źle czuje się w domu archonta. Atmosfera jest gęsta , nieprzyjemna , docierają do niej echa politycznych rozgrywek , jak też spraw osobistych. Poznaje Stratonikę, niekochaną , a  wręcz pogardzaną  żonę Satyrosa. To bardzo nieszczęśliwa kobieta, aczkolwiek dominuje w niej egoizm, sceptycyzm , realizm. Doskonale wie, że  za dostatnim życiem kryje się rozpacz. Dla ludzi , służby jest daleka , zdystansowana, obca. Lamię traktuje dobrze,nawet jej zazdrości , bo wróci kiedyś do swego życia , skromnego , ale dającego jej dużą wolność, podczas gdy ona zostanie w pałacu na zawsze, niczym w niewoli. Tam Lamia widzi przepych , poznaje wygodę , dostatek jedzenia i wyposażenia. Ma nawet do pomocy niewolnicę Nanę. Dziwi się swojemu do niej stosunkowi. Zaczyna jej współczuć , lubić, ufać. Nie jest dla Lamii  mówiącym narzędziem , staje się człowiekiem ,któremu los wyjątkowo nie sprzyjał. Zaskakuje tym sama siebie.  O Lamii , jej dzieciństwie, czasach panieńskich, małżeńskich , a potem nieco niespodziewanego macierzyństwa bardzo wiele się czytelnik dowie. Co czuła , myślała , o czym skrycie marzyła – ten portret młodej kobiety pokaże pisarz. Mnie Lamia bardzo zaskoczyła pewną decyzją, a potem działaniem. Niby do niej nie pasowało , ale gdy się lepiej przyjrzeć zdumienie będzie mniejsze.

I rzecz niezmiernie istotna. Dzięki różnym rozmowom, które prowadziła lub podsłuchała,  zdobytym informacjom , które następnie przekazała Leocharesowi , jego zagadka stała się zupełnie jasna i  zrozumiała.  Mógł wreszcie podjąć radykalne kroki , pewien swych racji . To już nie tylko podejrzenia lecz całkowita pewność.

Myślę ,że zabieg J. Szamałka  ,by akcję poprowadzić dwutorowo , towarzysząc naprzemiennie Leocharesowi  i Lamii , umożliwił ukazanie dwu światów - kobiet i mężczyzn , ich oglądu świata, ale przede wszystkim możliwości, jakie im stwarza . Pisarz  w swej powieści daje doskonały obraz epoki. Świetne tło obyczajowe , bazujące na solidnych podstawach historycznych, od razu budzi zainteresowanie czytelnika. Powieść od początku
przykuwa uwagę ,a umieszczenie akcji na krańcach azjatyckiej Hellady dodaje niezwykłości , posmaku nieprzewidywalności i oryginalności. Och , człowiek się nie zmienia , zawsze bez względu na czas i miejsce jego pasje, namiętności pozostaną niezmienne, a jednak coś przyciąga do książek , których akcja osadzona jest w dawnych czasach.  Przynajmniej mnie zawsze to o wiele bardziej pociąga niż współczesność. Warto  podkreślić , iż pisarz stworzył galerię niezwykle ciekawych postaci, nadał im charakterystyczne , wielce indywidualne cechy . To postaci pełnokrwiste z wadami, zaletami , marzeniami , pełne różnych uczuć i emocji. Swych bohaterów wysłał nad Morze Niegościnne doskonale oddając zawiłości polityczne tamtego obszaru ,a także obyczajowe i kulturowe. Nie ma się uczucia ,iż wystarczy zmienić imiona postaci i można je przenieść w inne miejsce i czas.To nie element dekoracyjny. Nie, dla Szamałka to bardzo istotne , by czytelnik odczuł , iż jest w Helladzie  w V w. p.n.e, a jego bohaterowie przynależą do tej kultury. Odnosi się wrażenie ,że jest się  tam , nad Bosportem , odczuwając niepewność jutra, ale też radość z własnych dokonań , swego życia.

Żywię wielką nadzieję, że  raz jeszcze spotkam się z Leocharesem i Lamią , a  raczej otwarte zakończenie powieści pozwala na takie przypuszczenie. Spodobała mi się bardzo książka Szamałka , jego bohaterowie i świat miniony , który z takim talentem wykreował.

 

 

"Wóz, którym jechała Lamia, wydawał z siebie tyle odgłosów, że sprawiał wrażenie żywego, aczkolwiek ciężko chorego zwierzęcia. Koła skrzypiały na każdym wyboju, pałąki, na których rozpięta była plandeka, trzeszczały przy co silniejszym powiewie wiatru; słychać było też ciągłe cmoknięcia i nawoływania woźnicy, trzask bicza, pełne pretensji posapywanie wołów i nieustające bzyczenie ciągnącej za nimi chmary much i gzów. Głowa Lamii pękała od tej kakofonii; do tego w wozie, krytym na scytyjską modłę, było nieznośnie gorąco i duszno."

 

[Ponatikapajon] " Z daleka wyglądał jak Ateny. Tak jak i tam , był mur obronny z żółtawego kamienia , czerwieniły się pokryte dachówka domy, nad miastem wznosiło się wzgórze- zwane przez miejscowych , z właściwym brakiem wyobraźni , Górą- na którego stała świątynia. Z bliska jednak podobieństw było coraz mniej , a w oczy kłuły różnice .Świątyni nie budowano z marmuru , lecz z lichego porowatego wapienia , wyglądającego jak wysuszona  słońcem gąbka; rzeźb w sanktuariach było niewiele, a te , które stały , w Atenach by wyśmiano; teatr był mały , pokazywano w nich zupełne gnioty, albo staromodne sztuki sprzed półwiecza ;na ulicy język Scytów słychać było równie często jak grekę. Krótko mówiąc , koniec świata i zadupie." 



 

 

niedziela, 26 maja 2013
Mama

Chłopiec wręczający matce kwiat- Wodzinowski

Matka ,mama, mamusia –najpiękniejsze   słowo, jakie znam.  To Ona jest przy nas, gdy maleńcy, bezbronni ,nieporadni czekamy na utulenie, uspokojenie , pieszczotę  , no i bardziej
prozaiczne-  zaspokojenie potrzeb jedzeniowych   czy higienicznych. Nie wzdraga się przed niczym. Zawsze spokojnym, delikatnym gestem , cichym, kojącym  głosem czyni świat bezpiecznym .

Matka zamierza kąpać swoje śpiące dziecko- M.Cassat

Matka i dziecko- M.Cassat

Nawet , gdy dziecię płacze , marudzi stara się uspokoić, znaleźć ten klucz , który przyniesie ukojenie. Często zmęczona , czasem zirytowana nie pokazuje tego  po sobie . Dla swego dziecka ma uśmiech , cierpliwość i ogrom miłości. Zatroskana , opiekuńcza , kochająca, pragnąca nieba przychylić swemu dziecku.  Gdy się dorasta i zaczyna mieć swoje zdanie,  inne zainteresowania , jakieś swoje sprawy , na pewno jest zaniepokojona , ma obawy o dokonywane wybory , ale pisklę wyfruwa z gniazda , próbuje swych sił. Popełnia swoje błędy , przeżywa pierwsze sukcesy lub  rozczarowania , a Ona zawsze  jest w pobliżu. Czuwa.  Dzieli szczęści lub  służy radą, jeśli zaufamy i zwierzymy się, wsparciem.  Samą swoją obecnością utwierdza w wierze  w nas ,zachęca do dalszych działań , wyborów . W każdej sytuacji jest dla nas podporą,  obdarzająca  miłością bezwarunkową. Nikt już nigdy tak nie będzie nas kochał.  

Combing hair- M.Cassat

 

M.Gerard - Sleep, my child

La famiglia -M.Cassat

 

Dziś wiele mam otrzyma od swych pociech – tych niedużych , nastolatkowych i całkiem dorosłych – kwiaty, piękny , szczery uśmiech i pewnie coś jeszcze . Najcenniejsze jest to , co płynie z serca , co przekazuje się gestem , uśmiechem , spojrzeniem . Mamy chowają to głęboko w swym kaciku wspomnień chwil najpiękniejszych.



Myślę dziś o mojej Mamie, której nie mogę posłać uśmiechu , nie mogę wypowiedzieć słów najważniejszych i zarazem najtrudniejszych . Odeszła wiele lat temu.

Tak , mogę zapalić na cmentarzu lampkę , zanieść  kwiaty , pomyśleć , powspominać. Ale to nie to. Nie uważam , że to spacer czy odwiedziny  do tych utraconych, jak czasem  czytam  lub słyszę w rozmowach. To dla mnie oddalenie, odcięcie. Ja bym pragnęła, by nadal była przy mnie , bym czuła to wsparcie i opiekę. Troskę i miłość. 



Wspominam z rozrzewnieniem różne życiowe sytuacje , gdy była przy mnie. Od tych pierwszych spacerów , które świadomie już pamiętam, po rady, pocieszanie , słowa nadziei , miłości , zachęty , troski. Jakieś drobiazgi , jak zawiązanie chusteczki, by ochronić  przed słońcem, wzięcie za rękę , gdy trudno się szło po jakimś terenie, pierwsze truskawki z działki , jakaś ozdoba , o której marzyłam. Pełne zaufanie i pozwolenie na samodzielne kupowanie książek  w ukochanej księgarni , a miałam wówczas lat 11. Zrozumienie mojej pasji.

Macierzyństwo -Borowski

Gdy dorastałam , rozpieszczała mnie.  Nigdy nie próbowała przekonać  mnie , żebym wybrała inne studia.  Wiedziała, że po odmiennym kierunku  , lepiej bym się miała. Ale rozumiała. Tak samo, jak nie krytykowała moich romantycznych porywów. Owszem, okazywała czasem zaniepokojenie , ale pozwalała na własne błędy. Czasem to ja miałam jednak rację:) Wiem jednak, że po prostu wyrażała tym swoją miłość i troskę , a także pragnienie,  bym przeżywała  tylko te dobre chwile. Mam wiele pięknych wspomnień, ale jedno przyćmiewa
inne.

Matka z dzieckiem -G.Klimt

To postać mojej Mamy pod oknami szpitala. Miałam 10 lat i leżałam w szpitalu zawieszona miedzy życiem i śmiercią. Nie był to czas , gdy mama mogła być przy swoim dziecku. Był kategoryczny zakaz wizyt. Ja przestraszona , wyrwana z ciepłych , domowych pieleszy , otoczona miłością, nie wiedziałam , co mnie czeka , nie rozumiałam , czemu Rodziców nie ma przy mnie. Mama co tydzień była w szpitalu, bo znajdował się  w mieście wojewódzkim i trzeba było dojechać, by dowiedzieć  się o stan mego zdrowia u lekarzy oraz przekazać coś dla mnie. Jedzenie  było zakazane. Największą radością były książki. Kochałam czytać i wypatrywałam tych paczuszek ,zastanawiając się , co znajdę w środku, jaką historię poznam dzięki Rodzicom. Czasem za okładką książki była przemycona słodkość lub plasterki salami, które uwielbiałam. Najważniejszy jednak moment następował potem. Gdy po 3 miesiącach leżenia , mogłam wstawać , szłam do okna i wypatrywałam Mamy. Ona stała pod moim oknem i gestami , mimiką przekazywała mi najważniejsze – miłość , wsparcie i przekonanie ,że jednak stamtąd wyjdę i wrócę do mojego domu. Do dziś  Ją widzę  , gdy  stoi z głową wzniesioną  i patrzy na mnie  , nie bacząc na siarczysty mróz - a była wtedy zima stulecia - na ruch dłoni w pożegnalnym geście , bo musi zdążyć na pociąg. I późniejsza moja świadomość , iż wówczas doszło u Niej do odmrożeń   , które stały się bardzo uciążliwe w późniejszym wieku. To wspomnienie wywołuje największe wzruszenie i bezwiedne łzy pod powiekami.

 Kocham Cię , Mamo.

 

A. Renoire- Na spacerze

 

09:40, szamanka30
Link Komentarze (11) »
piątek, 03 maja 2013
3 MAJ 1791

Zaprzysiężenie konstytucji -P.Norblin

 

Manuskrypt konstytucji

J.Matejko, Dzieje cywilizacji cz.12, Konstytucja

 

 

Rzucajmy kwiat po drodze!

 

Tędy przechodzić mają

 

Szczęścia narodu wodze,

 

Co nowy rząd składają.

 

Weźmy weselne szaty!

 

Dzień to kraju święcony.

 

Jakże ten król nasz bogaty!...

 

Skarb jego, serc miljony.

 

 

 

Uczcie się, dzieci nasze,

 

Nucić tę pieśń wraz z nami!

 

Ażeby wnuki wasze

 

Śpiewały ją wiekami.

 

Wstyd wam, bogate światy!

 

Złoty wasz wiek przyćmiony.

 

Jakże ten król nasz bogaty!...

 

Skarb jego, serc miljony.

 

 

 

Miasta, wioski szczęśliwe,

 

Wstawajcie, słońce wschodzi!

 

Niebo wdało się tkliwe

 

I ludzi z ludźmi godzi.

 

Odzyskaliśmy straty,

 

Bliźni nasz znaleziony.

 

Jakże ten król nasz bogaty!...

 

Skarb jego, serc miljony.

 

 

 

Krzywda wam, męże zmarli!

 

Zeszliście bez nadziei,

 

Byśmy się jak oparli

 

Srogich losów kolei.

 

Odżyjcie, skrzepłe braty,

 

Stan Polski odmieniony!

 

Jakże ten król nasz bogaty!...

 

Skarb jego serc miljony.

 

 

 

Żołnierz kraju obroną,

 

Miastaśmy podźwignęli;

 

Już nad każdą koroną

 

Krwi nie będziemy leli.

 

Weźmy weselne szaty,

 

Dzien to kraju świecony!

 

Jakże len król nasz bogaty!

 

Skarb jego, serc miljony.

 

                        F.Karpiński

 

Konstytucja 3 Maja-J.Matejko; chyba najbardziej znany obraz związany z konstytucją

 

Dziś bez moich słów , bez notek historycznych , wykładów  czy informacji. Niech te obrazy same mówią za siebie. Po prostu pamiętajmy o tej rocznicy , tak ważnej dla każdego Polaka!

Medal z 1791 wybity z okazji uchwalenia konstytucji

Nie dziwi też, iż tak doniosłe wydarzenie przez wieki miało wpływ na malarstwo, plakat , numizmatykę , o literaturze nie wspominając. Chciałam zaprezentować  jeszcze plakat wydany na Śląsku w 1920 roku. To przecież  czas powstań śląskich, gdy ofiarnie walczono, by region ten został przyłączony do Polski.

 

14:02, szamanka30
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44